środa, 23 listopada 2011

home sweet home czyli szcześliwe zakonczenie

Dotarlysmy juz szczesliwie do Europy i naszych domow - wszystkie bagaze rowniez z nami dotarly....
niestety w ostatni dzien nie udalo nam sie zaliczyc dlugo oczekiwanej atrakcji - SkyDive - przyczyna tym razem bardzo prozaiczna - za mocno wial wiatr aby skakac.... i po zalatwiania tego, dotarcia na miejsce oraz odczekaniu chyba ze 2 godzin musialysmy wrocic jeszcze raz niestety aby odzyskac wplacone pieniadze - znow trwalo to prawie godzine bo pani w biurze uczyla sie jak to zrobic... ale chyba nam zwrocila:) nie pozostalo nam nic innego jak pojsc na ostatni lokalne wino, spakowac sie oddac auto i wyleciec.... aaaa niestety znow komplikacje.... check in zajal nam znowu okolo godziny - nastpily komplikacje z nadaniem 2 obrazow i Edzi antylopki, tym, ze Asia leciala do Amsterdamu a nie do Wawy z tym ze trzba mi i Moni naliczyc mile i pan obslugujacy nie potrafil zrobic nic bez kolegi Mario, ktory jak sie okazalo wspomagal wszystkich robiacych check in....rece opadaja ale sie usmialysmy:)))
podsumowujac wyjazd:
  • mialysmy chyba wiecej dni deszczowych niz slonecznych (a przeciez miala byc goraca afryka?!)
  • zrobilysmy autem ponad 4 tysiace kilometrow
  • ilosc wypitego wina - minimum 40 butelek (to tylko estymacja:)))
  • zakupy - tym razem 2 obrazy + jakies rozne inne pierdolki:) - wiec szalu nie bylo
  • serwis jest do d... ilosc energii ktora idzie w zalatwienie czegos powoduje, ze sie odechciewa...
  • a to wszystko razem wziete spowodowalo, ze troch wieciej obywatela kazda z nas przywiozla do Polski:))) 
na koniec pare filmikow/zdjec ktorych nie udalo nam sie zaladowac wczesniej ze wzgledu na brak lub wolno chodzacy internet:)

ladowanie przy skydive (niestety nie nasze - trzeba bedzie zrobić gdzie indziej:) i w tle table mountain

Absail z table mountain- wlasnie zaladowali w RPA  - taki widok byl za naszymi plecami:



Asia ze swoim zwierzatkiem na samym poczatku naszej podrozy:) - Antylopka Edzia ktora z nami podrozowala po calym RPA i szczesliwie dzisiaj dotarla rowniez do Amsterdamu:)

film z naszego deszczowego i zimnego safarii w Kruger Parku - przyzylysmy dzieki kocom i foliowym plaszczom od naszego przewodnika

Cape Point - miejsce gdzie laczy sie Atlantyk z Oceanem Indyjskim
Przyladek dobrej nadzieji - wialo jak w kieleckim
i w wagoniku z Table Mountain

a za rok?! zobaczymy gdzie nas zaniesie:)))))))
pozdrawiamy
m.

poniedziałek, 21 listopada 2011

SANDboarding

tak tak. dobrze napisane SANDBOARDING czyli tak jak snowboard ale na piachu... no prawie jak snowboard bo roznice sa:))))
ale zaczelo sie jak zawsze... rano sie budzimy... leje... - telefon do gosciuwy czy jedziemy ? - mowi odwolane i da nam znac i sie zastanowia jak zwroca kase.... potem telefon do firmy ktora ma ten event robic (ta wczesniejsza to posrednik) aby potwierdzic i mowia, ze faktycznie nie ma sciemy i mowia, ze nie bedzie sandboardingu .... a o 8:55 telefon od posrednika, ze za 5 minut mamy byc gotowe bo jedziemy (trzecia osoba ) jakas masakra!!!! zbieralysmy sie w pospiechu... ale pojechalysmy bez sniadania, bez kawy, bez prysznica ale jest slonce! HURA!!!!!
ale najpierw swoja deseczke trzeba zaniesc:))
 krotki instruktarz... a jest troche inaczej niz na snowboardzie bo nie wolna raczej skrecac tylko na wprost + nie ma butow tylko sie wklada nogi w te zapiecia takie jak to snowborda - jak ktos bedzie probowal w przyszlosci nasza rada bierzcie adidasy - my mamy poobcierane stopy:)
 waxing - czyli smarowanie dechy.... sama niestety nie pojdzie trzeba jej pomoc srodkiem do?....... ? nablyszczania podlog!!!! rece nam przepieknie pachnialy:))) jakbysmy korytarze w niejednej podstawowce pojechaly:)
 no a teraz juz nie ma swirowania i narzekania tylko trzeba w dol..................


 niektorzy do perfekcji opanowywali swoja metode jazdy - btw - jest chyba jednak lepsza niz snowbordowa bo jest duzo szybciej i mniej boli jak sie leci... a w piachu i tak kazdy jest upieprzony:)))
 niestety wyciagu krzeselkowego ani chociaz wyrwiraczki nikt tam jeszcze nie postawil... a wierzcie ze sa tacy co by za to zaplacili:)
 tradycyjna pozycja na "zajaczka"
a to pozycja "zaraz sie wypieprze"
 jednak ta pozycja to byl super fan!:) a trojkacie juz wogole:) i to symultanicznie
 cala grupa z banda amerykanow wlacznie
 za nami table mountain:)
 a tu jeszcze lepszy widok na table mountain w drodze powrotnej
! super fan i duzo piachu absolutnie wszedzie nawet po 15 minutowym prysznicu:)

dzisiaj jeszcze jedno doswiadczenie na koniec dnia,....
udalo nam sie zabukowac atrakcje super-kool-petarda na jutro (o tym jutro jak przezyjemy) ale duzo nas to zdrowia kosztowalo.... laska powiedziala ze 11:30 mamy atrakcje... jak sie zapytalysmy czy ktos po nas przyjedzie to mowi, ze sie dowie, potem, ze jednak nikt nie przyjedzie, musimy same, to pytamy jak i gdzie.... to podala nam busik, potem takse, a wogole okazalo sie ze na 12:30... no to myslimy to moze auto zatrzymamy dluzej... ale to tez jest niezly numer bo ja musialam 4rem osobom o tym opowiedziec z Budgeta - non stop przelacznie - zanim mi potwierdzili, ze mozemy auto oddac jutro na lotnisku , co lepsze  dalej nie jestesmy pewne czy nie beda jutro zaskoczeni jak to auto im tam oddamy na lotnisku a nie w centrum Cape Town jak odpoczatku bylo zorganizowane .... ale poki co nikt nas nie sciga za kradziez auta wiec chyba jest OK:)
do jutra!
m.

niedziela, 20 listopada 2011

Cape Town w chmurach

no i "niespodzianka"  - dzisiaj rano jak wyszlysmy to sie wrocilysmy spowrotem troche cieplej sie odziac:) chlodno - ponizej 20 stopni i pochmurno.... niepozostalo zatem nic innego jak tylko pojsc na shopping.... wiec udalysmy sie na waterfront
tak dzisiaj wygladalo Cape Town

 poraz kolejny przyklad, ze mozna z odpadow cos zrobic... co lepsze gosciu gral na tym i to calkiem niezle dzwieki mu wychodzily:)
 tutaj tez juz czuc swiateczny klimat - i white christmas juz leci w shoping mallu
 i kilometry z Waterfrontu
 i zachmurzony waterfront

generalnie shopping:)))) i powoli przystosowywanie sie chyba do klimatu europejskiego chociaz wciaz moglysmy dzisiaj biegac w japonkach:))

jedno wspomnienie z wczoraj ktore coraz bardziej dowodzi, ze tutaj po prostu trzeba sie dostosowac do rzeczywistosci a nie ja ksztaltowac:)
wczoraj bylo ok 30 stopni - wieczorem jak weszlysmy na internet bylo jeszcze cieplej niz na zewnatrz.... a pomieszczenie jest na ok 40 kompow wiec masowka... pytamy sie czemu tu tak goraco a gosc odpowiada, ze generalnie dzisiaj jest goraco wiec i u nich tez.... a wiec siedzimy, pocimy sie razem z tlumem i wtedy patrzymy na klime a klimatyzator jest nastawiony na 35 stopni i Monia pyta sie Pana czy przypadkiem nie mozna by go przestawic na troche mniej.... i co ? pan patrzy.... przestawia.... i zaczyna sie robic chlodniej.....
ale wciaz mamy wakacje i cieplo lubimy:))))))
pozdrawiamy!

sobota, 19 listopada 2011

Table Mountain - czyli gora jak stol:)

Dzisiaj od rana poraz kolejny probujemy sobie zalatwic jakies atrakcje - aktywnosci ale coraz trudniej nam to przychodzi.... jakis brak kumacji po drugiej stronie a my juz na prawde prostymi zdaniami operujemy:))) i nie ma to na prawde znaczenia czy ktos jest bialy czy czarny,.... po prostu powoli im leci czas nigdzie sie nie spiesza... maja po prostu w pompie .....
dzis po odnalezieniu biura i spedzeniu w nim ponad godziny udalo nam sie zalatwic dwie aktywnosci... 2 czekaja na potwierdzenie w poniedzialek... jedna dzisiaj byla!:))))
wjechalysmy na table mountin... kolejka na ponad godzine stania i to prawie w pelnym sloncu... od czasu do czasu puszczali taka mgielke z wody... ale do nas jakos nigdy nie docierala:) dzisiaj nauczone wczorajszym dniem zabralysmy ze soba oczywiscie kurtki i polarki bo na gorze na 100 proc bedzie wiac.... nie wialo.... grzalo jak sto piecdziesiat a my czapeczek nie mialysmy:)))
ale co tam!:)
gora faktycznie na gorze jest jak stol i ma przepiekne wydoki dookola:)

plaza nad Atlantykiem
 kawalek drogi ktora wczoraj jechalysmy
 widok na wschod od Cape Town (z kawalkiem Cape Town:)
 stadion zbudowany na world cup w 2010 (nasze chyba tez nie gorzej wygladaja:)
 taka kolejka wjezdza sie na gore - co ciekawe - poniewaz czesto wieje kolejka ma otwarte 2 okna na przestrzal coby w trakcie wiatru kolejka mogla dalej chodzic  i jeszcze sie kreci w trakcie jazdy 360 stopni - jeden obrot, aby kazdy mogl z kazdej strony podziwiac widoki:)
nasza aktywnosc na dzisiaj to Abseil - czyli zjazd w dol z gory stolowej - czyli z 1062 metrow a dol 112 metrow dokladnie - tam za tym panem w dol sie zjezdzalo:)
 tam po prawej towarzystwo robi ostatnie przygotowania i na dol
mniej wiecej tak to wyglada... z ta roznica ze tak nie lecialysmy tylko duzo spokojniej  i opierajac sie o sciane:) widoki i przezycia niezapomniane!!!!!!!!

 wszystko super - tylko potem trzeba jeszcze bylo w sloncu zadreptac spowrotem:) troche tluszczyku wytopilysmy:)))
jeszcze pare widokow pod wieczor - widok w strone Cape Point -
 zblizenie na Bo-Kaap - widzicie te kolorowe domki??
tzw downtown Cape Town
zatoka i Cape Town
 kabinka od srodka
 i widok jeszcze z dolu:)
  zgodnie z obietnica - jeszcze cieple zdjecie Asi w nowym image - typowo Afrykanskim:) - niezle co?
pozdrawiamy!

piątek, 18 listopada 2011

Cape Point

no dzisiaj troche zdjec jest z Cape Point :) bo jak tu nie robic taaaakich widokow i nie wiadomo z ktorej strony i jak:))
na poczatek strona atlantycka:) - przecudna - nazywana Monako Afryki, wille i apartamenty niezle, piasek przecudny woda ma przepikny kolor ale c\temperatura wody MASAKRA  - przypomina gorski strumyk:)))
zejscie do antlantyku pomiedzy willami
i widok w strone ladu
a to przyklad na to, ze ten lad nie powinien sie nazywac ziemia czarna ale czerwona z czarnymi ludzmi:))) bo generalnie gdzie sie nie ruszylysmy ziemia byla czerwona:)
 w tej zatoce - Hout Bay mialysmy delfiny! daleko ale hasaly:)
droga przecudna i taka fajna w skalach i klifie:)

i Cape Point!
i widok z Cape Point na strone oceanu indyjskiego
a tu na oba oceany - z lewej atlantyk z prawej indyjski
a wieje?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!
Ja sie wybralam jeszcze na przyladek dobrej nadziejhi czyli cape of good hope
i taka sliczna sciezynka tam prowadzila i najwieksza walka oczywiscie z wiatrem!!! ale jaka?!?!?! masakra!@!
w stylu TY BYLAM:)
cape point inne ujecie
i sciezka na cape of good hope

w drodze do cape town musialysmy zaliczyc pingwiny:) te afrykanskie:) czyz nie sa slodkie?
ale maja przerabane zycie.... tlumy je obserwuja:))
plaza nad oceanem indyjskim w Muizenberg :) czarna flaga po lewej oznacza ze byl widziany rekin ,.....
i Cape Town pod wieczor - dzielnica waterfront kolo portu - masa barow, dobry sea food i troche jak w Milenie:))) tylko bardziej swiatowo:)))
i jeszcze nocna wersja...
dzisiaj poraz kolejndy po prostu "zabil" nas serwis... a bardziej ejego poziom w Afryce... sory za stwierdzenie ale czarni na prawde nadaja sie do prostej roboty albo moaja beznadziejnych bilaych managerow... co tez niestety sie zdarza.... pani w centrum informacji nie byla w stanie so\ie dogadac i nic nam zalatwic... co lepsze przychodzimy mowimy, ze chcemy wydac kase... pani dzwoni do firm a oni mowia, ze wlasnie koncza prace i sory ale nie pomoga!!! turysta nie jest tu "nasz pan".... a najwiekszego sezonu jeszcze nie maja.....
kelner w restauracji byl dzisiaj tak mily, ze myslalysmy ze jest gejem a do tego tak nie udlony, ze Monia - doswiadczony HR;owiec doszla do wniosku, ze to oczywiscie wina szefa... mayslalysmy, ze to bialy - bo nie mogl nam zalatwic najpierw kocow, potem jednego dania nam nie przyniesli, jak chcialysmy gratis wino to powiedzial, ze szef sie neie zgodzil; a na koniec okazalo sie, ze szefem jest ciapata czyli hindus... no masakra:))) ale poniewaz mamy wciaz wakacje to nas to bawi!:)
pozdrawiamy!