Wczoraj tradycyjnie lalo
przejechalysmy kolejne 400 km na poludniowy zachod i tu dopiero sie niezle rozpadalo....
jestesmy w Jeffrey's Bey - jest to mekka surferow - sister - takich prawdziwych serferow bez zagli:))
wczoraj nie udalo sie nic napisac bo tradycyjnie tutaj jeszcze wczesniej wszystko zakmykaja o 17 tej?!?!
jest jeden internet i dziala do dupy! - nie moge zrzucic zdjec wiec nie wiem czy dzisiaj bedzie fotografia
a dzisiaj od rano powolutku powolutku cos sie przedzieralo i jest troche slonka a teraz juz niezle daje....
fale sa fajne - a te takie na maksa nazywaja sie SUPERTUBES - chociaz takich dzisiaj nie ma:)
surferow jeszcze duzo nie ma bo sezon sie nie zaczal ale rozgrywaja sie tu raz do roku zawody Billabong pro tour - w lipcu czy czerwcu czyli ichniej zimie:)
teraz tez jacus sa i nawet pare fotek zrobilam ale beda jak normalny internet dorwiemy:) czyli najlpredzej jutro - och chyba sie udalo pare zrzucic nizej:)
dodatkowo miasteczko slynie ze zbieraczy muszli i troche ich sie tu kreci faktycznie:) kazdej mascvi i pokroju z wiadereczkami zbieraja muszelki:) my nawet za bardzo nie probujemy bo i tam nam nie pozwola wywiezc....
buziaki!
m.
udalo sie!!!! po bolach pare fotografii:)
surferzy
zbieracz muszli ze swoim wiadereczkiem:)
plaza w Jeffreys - dluga, piaszczysta ale przy lini brzegu ma skalki wiec aby wejsc trzeba sie przez nie przedrzec:)
a te male "pitutki" lazikuja i robia takie piekne dekoracje na piachu:)
dzisiaj malo bo na duzy stresie bylo wrzucanie:)))
m.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz